|
Sebastian Buczek
|
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Komentarz z 23.01.2012 r. Ku zaskoczeniu wielu, w tym również i nas, sytuacja na rynkach finansowych w pierwszych tygodniach nowego roku ułożyła się znacznie lepiej niż można było się spodziewać. Giełdowe indeksy zyskały po kilka procent, rentowności obligacji skarbowych w strefie euro opadły, a na rynek surowców powrócił optymizm. W grudniu nie doczekaliśmy się rajdu św. Mikołaja, za to po przełomie roku pojawił się efekt stycznia. Wprawdzie nasze indeksy nie nadgoniły zaległości wobec S&P500 czy nawet DAXa, ale i tak nie można narzekać. Przez 3 tygodnie WIG zyskał 5%. A zatem na razie rację mają ci, którzy wieścili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie na rynkach jest chwilowe i że giełdowe indeksy po pewnej chwili zawahania, zaczną się powoli kierować na północ, czyli w górę. Jeśli faktycznie taki scenariusz zacząłby się materializować, to mielibyśmy do czynienia z dość powszechnym zaskoczeniem. Inwestorzy indywidualni opuścili bowiem rynek przy okazji załamania w III kwartale ubiegłego roku. Inwestorzy instytucjonalni (w tym my również) przygotowywali się do ewentualnej kontynuacji spadków w pierwszych miesiącach br. Widać to dobrze po alokacji OFE w akcjach – zaledwie 31% (versus 37% przed rokiem) przy maksymalnym limicie już na poziomie 45%. Zarówno zatem inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni, mają sporo gotówki na kupowanie akcji. Oczywiście, aby zmącić ten coraz bardziej różowy obraz wypadałoby dodać, że wokół nas tak naprawdę niewiele się zmieniło. Państwa strefy euro jak były zadłużone, tak są dalej. Europejscy politycy jak nie potrafili przeciwstawić się kryzysowi, tak dalej nie mają konkretnych pomysłów. Co więcej, czas płynie na niekorzyść wielu państw Zachodu. Przypomina to tykającą bombę, z tym, że nikt nie ma pojęcia, kiedy i gdzie ona wybuchnie (a tej bomby przecież nikt ostatnio nie rozbroił). Skąd zatem ten optymizm na rynkach? Z nadziei, że to nie politycy, ale bankierzy centralni rozwiążą gros problemów, drukując na potęgę euro, dolary, franki itd. Inwestorzy zaczęli oczekiwać, że nawet Chińczycy dołożą się do zwiększenia puli płynności w globalnym systemie finansowym ratując dynamikę chińskiego PKB. No cóż, z „prasami drukarskimi” trudno się polemizuje. Już dwa razy, przy okazji QE1 i QE2, to przerabialiśmy. Reasumując, inwestorów ogarnął w pierwszych tygodniach nowego roku błogi nastrój – banki centralne uratują świat, więc po co się przejmować nierozwiązanymi problemami państw strefy euro. Wygląda na to, że tak udany styczeń jest zapowiedzią bardzo nieprzewidywalnego roku 2012. Roku, w którym pewnie jeszcze nie raz zostaniemy zaskoczeni rozwojem wydarzeń. Wypada mieć tylko nadzieję, że na przekór pesymistom, będą dominować zaskoczenia pozytywne. Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 17 stycznia 2012
Komentarz z 17.01.2012 r. Ważnym wydarzeniem zakończył się drugi tydzień nowego roku. Agencja Standard&Poor’s obniżyła ratingi 9 państwom strefy euro, w tym Francji. W niektórych przypadkach nawet o dwa poziomy (m.in. Włochom i Hiszpanii). Inwestorzy zareagowali jednak spokojnie. Wprawdzie w piątek giełdowe indeksy spadały w trakcie dnia (czyżby kontrolowany przeciek?), a euro spadło do 1,26 do dolara, ale obyło się bez paniki. Również wczoraj rynki były względnie spokojne, jak na tak poważną zmianę ocen wiarygodności inwestycyjnej państw. WIG wprawdzie otworzył się na minusie, ale później oscylował wokół zera. W gronie najmocniej zachowujących się spółek z WIG20 znalazły się BH i PBG. Spokojne zachowanie inwestorów może nie zaskakuje, ale daje do myślenia. Czyżby aż tak wiele czynników ryzyka było już odzwierciedlonych w cenach aktywów – akcji, surowców czy obligacji? Czy rynki zaczynają dyskontować początek końca kryzysu? Jeśli tak, to czy do wychodzenia z kryzysów wystarczy jedynie dodruk pieniędzy / zwiększanie płynności przez banki centralne? A co z reformami? Czy państwa Zachodu dalej mogą tak funkcjonować, jak dotychczas? Wydaje się to trochę zbyt piękne, aby było możliwe. Decyzja S&P jest ważna także w innym wymiarze. Okazuje się bowiem, że strefa euro jest coraz mniej jednolita. Narasta zróżnicowanie pomiędzy Niemcami i większością innych państw unii walutowej, szczególnie krajami peryferyjnymi. Niemcy stają się coraz silniejsze i są w stanie finansować się praktycznie za darmo. Gros innych państw jest coraz słabsza finansowo i coraz bardziej zadłużona. Brak jednolitości oznacza, że monolit, jakim do niedawna była strefa euro, pęka i to w wielu miejscach na raz. A stąd już naprawdę droga niedaleka do chwili, kiedy pierwszy kraj opuści strefę euro. Najprawdopodobniej będzie to Grecja i najprawdopodobniej stanie się to jeszcze w bieżącym roku. Wystarczyłoby, aby któryś z liczących się greckich polityków rzucił tylko takie hasło. Ale co później? Rozpad całej strefy czy też walka o przetrwanie? Scenariuszu rozpadu rynki jeszcze nie dyskontują. Wracając do sytuacji na giełdach. Amerykańskie indeksy zadziwiają siłą. Podobnie jak tamtejsza gospodarka. Prezes Bernanke i jego zwolennicy tryumfują. Jeśli Stany Zjednoczone nie zarażą się kryzysem od strefy euro, szef Fedu przejdzie do historii. Kluczowe będą najbliższe miesiące. Krótkoterminowo indeksy nowojorskiej giełdy powinny jednak skorygować się po półtoramiesięcznej fali wzrostów. WIG tymczasem trwa w swojej słabości. Pytanie czy w końcu odrobi zaległości do innych indeksów, czy też najpierw doczekamy się korekty na rynkach zagranicznych? Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Komentarz z 9.01.2012 r. Podczas gdy w Europie słowo „kryzys” odmienia się w każdym przypadku, w Stanach Zjednoczonych sytuacja gospodarcze rozwija się nadspodziewanie dobrze. Pojawiające się w ostatnich miesiącach wskaźniki makro świadczą o tym, że za oceanem dzieje się wyraźnie lepiej niż na Starym Kontynencie. Nawet na rynku nieruchomości wydaje się, że Amerykanie osiągnęli dno i się od niego powoli zaczynają odbijać. Sentymentowi pomagają informacje o możliwym przedwyborczym prezencie od prezydenta Obamy w postaci programu refinansowania hipotek na uprzywilejowanych warunkach oraz zainteresowaniu funduszy hedgingowych tą, wcześniej mocno przecenioną, klasą aktywów. W każdym bądź razie prezes Bernanke może spać nieco spokojniej. Wcześniejsze kontrowersyjne działania Fed zaczynają przynosić efekty (przynajmniej relatywnie, na tle słabej Europy). A ponadto zawsze można przecież uruchomić QE3, szczególnie, że wypadałoby pomóc prezydentowi w jesiennej re-elekcji. Jeśli zatem zaczną się pojawiać symptomy pogorszenia koniunktury gospodarczej, prezes Fed prawdopodobnie bez żadnych skrupułów uruchomi kolejny wielki dodruk. Inwestorom ta sytuacja zaczyna się bardzo podobać. Drożeją amerykańskie akcje i dolar. Krótkoterminowo jednak indeksy nowojorskiej giełdy zawędrowały do strefy wykupienia, więc w najbliższych dniach rynek może słabnąć. Sytuacja w Stanach daje nadzieję, że kryzys może skończy się tylko na Europie i nie obejmie swoim zasięgiem kolejnych kontynentów. Czy tak się stanie – zobaczymy w najbliższych miesiącach. Dużo zależy od europejskich polityków, którzy powinni bardziej zdecydowanie walczyć z rozszerzającym się kryzysem. Do krajów strefy euro, będących w trudnej sytuacji, w ostatnich tygodniach dołączyły Węgry. Kontrowersyjne rządy premiera Orbana doprowadziły ten kraj na krawędź zapaści. Warto wyciągnąć wnioski, bo od Węgier do Polski droga już niedaleka. Na warszawskiej GPW początek roku mieszany. Najpierw wzrosło, później spadło i z grubsza po pierwszym tygodniu wyszliśmy na zero. Widać, że bliżej nam do zachowania europejskich giełd, a o takim performance, jak Amerykanie na razie możemy tylko pomarzyć. Złoty osłabł po window dressing na koniec roku. A propos – na walutach jakoś nikomu ten window dressing nie przeszkadza. Obligacje stabilne, oprocentowanie depozytów bankowych wysokie. Reasumując, rok zaczął się spokojnie. Siłę pokazują Amerykanie. Jeśli nie zarażą się od Europejczyków, to kto wie...
Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 03 stycznia 2012
Komentarz z 2.01.2012 r. Nim spróbuję odpowiedzieć na pytanie, co czeka nas w Nowym Roku, kilka słów podsumowania dotyczących roku minionego. Konsensus prognoz rynkowych na początku 2011 r. zapowiadał 10-20% wzrost WIG. To miał być trzeci rok z rzędu wzrostów cen nie tylko polskich akcji. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Zamiast kilkunastoprocentowych wzrostów mieliśmy podobnej skali, ale spadki. Euro po 4,46 zł i dolara po 3,44 zł. Zamiast powrotu na ścieżkę stabilnego wzrostu globalnej gospodarki, obawy przed kolejnym rokiem. A wszystko to dzięki zmianie nastrojów inwestorów, którą spowodowały lęki o przyszłość strefy euro. Ktoś powiedziałby – wreszcie, bo państwa Zachodu tak dłużej nie mogą funkcjonować. Nie mogą zadłużać się w nieskończoność. Nie mogą naginać danych, by prezentować się lepiej, niż w rzeczywistości. WIG stracił w ubiegłym roku 20,8%. Podobnej skali spadki zanotowały inne europejskie indeksy – przykładowo niemiecki DAX spadł o 14,7%. Inne kluczowe dla nas rynki, jak Turcja czy Rosja pospadały również o – odpowiednio – 22,3% (ISE 100) i 22,0% (RTS). Jedynie amerykański rynek akcji trzymał się nadspodziewanie mocno. S&P500 utrzymał poziom z końca 2010 r., a Dow Jones wzrósł nawet o 5,5%. Na rynku surowców koniunktura pogorszyła się, chociaż w skali całego roku cena ropy wzrosła o 8%, a złoto przyniosło dodatnią stopę zwrotu, ale wcale nie taką wysoką (10%), jak się zapowiadało. Na europejskim rynku obligacji skarbowych mieliśmy do czynienia z prawdziwym załamaniem. W nowy rok wchodzimy z dużymi obawami, co nas czeka. Rozpad strefy euro? Armagedon – jak wieszczą niektórzy znani ekonomiści? Druga odsłona kryzysu, który zaczął się w 2008 r.? Czy też zwykły kryzys, taki, jakich było wiele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci? My nie jesteśmy zwolennikami scenariusza katastroficznego. Wierzymy, że europejscy politycy zachowają się racjonalnie i w końcu podejmą działania antykryzysowe. Mamy nadzieję, że nie skończy się wielką europejską kłótnią, oskarżaniem się, szukaniem winnych i w końcu rozpadem. Takiego scenariusza nikt by sobie nie życzył. No może za wyjątkiem kilku hedgowników i niektórych polityków, którzy chętnie dorwaliby się do władzy, wykorzystując ogólne zamieszanie. Europejscy przywódcy sprawiają jednak cały czas wrażenie „nieprzypartych do muru”. Wprawdzie szczyt goni szczyt. Wygłaszane są różnego rodzaju zapewnienia. Szykowane są kolejne armaty, bazuki itp. Padają propozycje quasi-reform, rozwleczonych w czasie, niewiele zmieniających kondycję finansową państw. Ale to wszystko na niewiele się zdaje. Czy zatem najpierw rynki finansowe będą musiały przymusić polityków do działania? Obawiamy się, że niestety tak. Gdyby sytuacja na rynkach pogorszyła się w najbliższych miesiącach, zakładamy (może trochę optymistycznie), że w końcu przeprowadzone zostaną konkretne działania antykryzysowe. Między innymi polegające na przejęciu pałeczki w walce z kryzysem przez EBC (jak twierdzą niektórzy – jedyny podmiot, który może sobie poradzić z kryzysem w strefie euro). Ale czy doczekamy się strukturalnych reform? Amerykanie się nie doczekali. Odsunęli tylko swoje problemy w czasie. I na pewno nie załatwią ich w roku wyborczym. Na koniec pewna doza optymizmu. Ceny aktywów finansowych, w tym akcji, są coraz bardziej atrakcyjne. Jeśli faktycznie nasz scenariusz będzie realizować się, zakładamy, że rok 2012 może obfitować w wiele okazji inwestycyjnych. Reasumując, przed nami nieobliczalny rok, rok w którym wszystko zdarzyć się może. Od scenariusza katastroficznego na miarę kryzysu lat 2008/2009 aż po scenariusz optymistyczny, wynikający z niskiej wyceny akcji i drukowania na potęgę pieniędzy przez banki centralne. W naszym scenariuszu bazowym zakładamy, że jesteśmy w trakcie zwykłego kryzysu, jakich w ostatnich dziesięcioleciach było wiele. Jeśli taka prognoza sprawdziłaby się, zakładamy, że rok 2012 będzie czasem zasiewu, tzn. dobrym okresem do budowania pozycji w przecenionych walorach. Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 20 grudnia 2011
Komentarz z 20.12.2011 r. A miało być tak pięknie. Konsensus prognoz rynkowych na początku roku zapowiadał 10-20% wzrost WIG. To miał być trzeci rok z rzędu wzrostów cen nie tylko polskich akcji. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Zamiast kilkunastoprocentowych wzrostów mamy podobnej skali, ale spadki. Euro po 4,5 zł i dolara po 3,5 zł. Zamiast powrotu na ścieżkę stabilnego wzrostu globalnej gospodarki, obawy przed kolejnym rokiem. A wszystko to dzięki zmianie nastrojów inwestorów, którą spowodowały lęki o przyszłość strefy euro. Ktoś powiedziałby – wreszcie, bo państwa Zachodu tak dłużej nie mogą funkcjonować. Nie mogą zadłużać się w nieskończoność. Nie mogą naginać danych, by prezentować się lepiej, niż w rzeczywistości. W nowy rok wchodzimy zatem z dużymi obawami, co nas czeka. Rozpad strefy euro? Armagedon – jak wieszczą niektórzy znani ekonomiści? Druga odsłona kryzysu, który zaczął się w 2008 r.? Czy też zwykły kryzys, taki, jakich było wiele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci? My nie jesteśmy zwolennikami scenariusza katastroficznego. Wierzymy, że europejscy politycy zachowają się racjonalnie i w końcu podejmą działania antykryzysowe. Mamy nadzieję, że nie skończy się wielką europejską kłótnią, oskarżaniem się, szukaniem winnych i w końcu rozpadem. Takiego scenariusza nikt by sobie nie życzył. No może za wyjątkiem kilku hedgowników i niektórych polityków, którzy chętnie dorwaliby się do władzy, wykorzystując ogólne zamieszanie. Szkopuł w tym, że europejscy przywódcy sprawiają cały czas wrażenie „nieprzypartych do muru”. Wprawdzie szczyt goni szczyt. Wygłaszane są różnego rodzaju zapewnienia. Szykowane są kolejne armaty, bazuki itp. Padają propozycje quasi-reform, rozwleczonych w czasie, niewiele zmieniających kondycję finansową państw. Ale to wszystko na niewiele się zdaje. Czy zatem najpierw rynki finansowe będą musiały przymusić polityków do działania? Obawiamy się, że niestety tak. Gdyby sytuacja na rynkach pogorszyła się w najbliższych miesiącach, zakładamy (może trochę optymistycznie), że w końcu przeprowadzone zostaną konkretne działania antykryzysowe. Między innymi polegające na przejęciu pałeczki w walce z kryzysem przez EBC. Ale czy doczekamy się strukturalnych reform? Amerykanie się nie doczekali. Odsunęli tylko swoje problemy w czasie. I na pewno nie załatwią ich w roku wyborczym. Wracając do ostatnich wydarzeń na warszawskiej giełdzie – znowu spadliśmy w okolice tegorocznych dołków. Zaważyły na tym głównie notowania KGHM. Podatek od wydobycia nie spodobał się inwestorom. I nie ma się co dziwić. Wycena spółki spadła o ponad 10 mld zł. Inne spółki zachowały się nieco lepiej. Pozytywne jest to, że ponownie znaleźliśmy się w strefie wyprzedania. Może zatem chociaż jakiś mały pozytywny akcent na koniec nieudanego giełdowego roku?
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Komentarz z 12.12.2011 r. Za nami kolejny unijny szczyt. Co przyniósł? Przełomu raczej nie. Ale negatywnej niespodzianki też nie. Kolejne kilka drobnych kroków w kierunku rozwiązania problemu nadmiernego zadłużenia państw strefy euro. Widać, że politycy chcieliby rozwiązać problem, ale trudno wypracowuje się rozwiązanie, jeśli porozumieć musi się 27 państw. Ciągle też nie widać wystarczającej determinacji, która pozwoliłaby na wykonanie większego kroku do przodu. A niestety czas gra na niekorzyść strefy euro. EBC tymczasem – zgodnie z oczekiwaniami – obniżył stopę procentową o 25 pkt. bazowych. Dodatkowo wprowadził kilka działań zmierzających w kierunku zwiększenia płynności, jak rozluźnienie zasad dotyczących zastawiania instrumentów w operacjach refinansujących czy obniżenie stopy rezerwy obowiązkowej. Inwestorów jednak przestraszyło obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego na najbliższe lata i przede wszystkim zapowiedź nie zwiększania stopnia interwencji w zakresie skupu obligacji skarbowych. Inwestorzy tymczasem oczekują od EBC interwencji na skalę quantitative easing Fedu. Grecki wątek zszedł w ostatnich tygodniach na dalszy plan, ale warto pamiętać, że jest to jedno z zarzewi obecnego kryzysu w strefie euro. Co więcej, sytuacja w tym kraju staje się coraz bardziej dramatyczna i oby nie skończyło się niekontrolowanym bankructwem, co mogłoby spowodować podobne problemy, z jakimi mieliśmy do czynienia po upadku Lehman Brothers. Wstępne dane dotyczące deficytu budżetowego po październiku są gorsze od wcześniejszych przewidywań. Również stan gospodarki jest fatalny, co potwierdzają dane dotyczące produkcji przemysłowej za październik (-12,2%). Nie ma właściwie już szans na to, aby wpisane wcześniej w różne projekty ratunkowe wskaźniki makro dla Grecji na rok 2011 zostały spełnione. Najgorszy jest jednak run na greckie banki. Ich klienci w panice wycofują środki. W samym październiku saldo depozytów spadło o blisko 7 mld euro. A od początku roku o 32,4 mld euro, tj. 15,5% stanu depozytów z końca 2010 r. Greckie banki wymagają natychmiastowego dokapitalizowania kwotą rzędu 30 mld euro. Dalsze zwlekanie z działaniem może skończyć się totalną zapaścią całego tamtejszego systemu finansowego, co tylko pogłębi kryzys w tym kraju i zwiększy prawdopodobieństwo opuszczenia strefy euro. Reasumując, unijny szczyt nie przyniósł przełomu, ale chyba też nikt nie liczył na ostateczne rozwiązanie problemu nadmiernego zadłużenia. Determinacja polityków jest ciągle niewystarczająca, ponieważ rynki finansowe w sumie zachowują się nadal dość stabilnie, a znając życie dopiero w warunkach maksymalnego stresu będą podejmowane konkretne działania. Patrzmy jednak na „pioniera” kryzysu – Grecję i coraz bardziej dramatyczny rozwój wydarzeń w tym kraju. Oby nie był on zwiastun tego, co może dziać się w kolejnych krajach strefy euro…
Niniejszy materiał ma charakter wyłącznie edukacyjno – informacyjny / promocyjny i stanowi on wyraz własnych ocen, przemyśleń i opinii autora (autorów). Niniejszy materiał nie stanowi oferty ani rekomendacji do zawarcia transakcji kupna lub sprzedaży jakiegokolwiek instrumentu finansowego. Podane informacje nie mogą być traktowane jako usługa doradztwa inwestycyjnego lub innego typu doradztwa, w tym świadczenia pomocy prawno - podatkowej. Podane informacje nie stanowią oferty w rozumieniu Kodeksu cywilnego ani publicznego proponowania w rozumieniu ustawy o ofercie publicznej.
wtorek, 06 grudnia 2011
Komentarz z 6.12.2011 r. Ubiegły tydzień przyniósł wyraźną poprawę sytuacji na rynkach finansowych. Giełdowe indeksy odbiły się z obszaru wyprzedania i powróciły do neutralnych poziomów z punktu widzenia technicznego. Poprawiła się sytuacja na europejskim rynku obligacji skarbowych. Złoty umocnił się. Głównym czynnikiem, który spowodował ubiegłotygodniową zmianę nastrojów była wspólna interwencja banków centralnych na rynku swapów dolarowych. Ponadto odżyły nadzieje na pozytywny efekt unijnego szczytu (8-9 grudnia), czego zapowiedzią były wczorajsze ustalenia kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy’ego. Poniedziałkowa sesja upłynęła pod znakiem wzrostów. Na warszawskiej giełdzie przez cały dzień notowania szły w górę. Prym wiodły największe spółki, jak PKO BP i Pekao, a także spółki paliwowe – PKN i Lotos. Słabiej prezentowały się PGNiG i spółki energetyczne. Z mniejszych spółek silnie odbił się kurs BBI Zeneris po informacji o podpisaniu umowy na dofinansowanie zakładu przetwórstwa odpadów. Czy najbliższe dni przyniosą oczekiwany polityczny przełom w walce z kryzysem w strefie euro, czy też znowu będziemy świadkami działań, których efektem będzie najwyżej kilkudniowa poprawa sytuacji? Prawdopodobnie europejscy politycy dostrzegają potrzebę bardziej zdecydowanych działań. Z drugiej jednak strony cały czas mocno wzbraniają się przed rozwiązaniem problemu w stylu amerykańskim, czyli drukowaniem na potęgę euro przez EBC. Niestety, obawiam się, że dopóki nie zostanie użyte to ostateczne rozwiązanie, wszelkie inne próby okażą się nieskuteczne. Dobrym przykładem skuteczności drukowania na potęgę była wrześniowa reakcja szwajcarskiego banku centralnego na umocnienie franka, który zapowiedział, że dostarczy dowolnej ilości lokalnej waluty, aby powstrzymać jej dalszą aprecjację. I zadziałało, pomimo, że na początku podniosło się wiele sceptycznych głosów. Tak więc wygląda na to, że strefę euro mogłoby ocalić rozpoczęcie drukowania pieniędzy przez EBC. Do tego należałoby oczywiście dodać cały pakiet reform finansowych. Czy jednak europejscy politycy są już wystarczająco zdeterminowani? Inną kwestią jest możliwość utrzymania się w strefie euro wszystkich 17 państw. Rośnie prawdopodobieństwo, że nie uda się powstrzymać częściowego rozpadu strefy. I nie ma co lamentować, ani bronić na siłę obecnego układu, ponieważ koszty utrzymania obecnej struktury mogą okazać się astronomicznie wysokie. Lepiej byłoby odciąć najsłabsze ogniwa. Stałoby się tak z korzyścią dla tych państw, które by strefę euro opuściły, jak i dla samej strefy. Na razie jednak wygrywa polityczna poprawność, a nie zdrowy rozsądek.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Komentarz z 28.11.2011 r. Rynki akcji na całym świecie wyglądają w miarę stabilnie. Wprawdzie giełdowe indeksy skorygowały się w ostatnich dniach i znalazły w strefie wyprzedania, ale z perspektywy ostatnich trzech miesięcy można powiedzieć, że jesteśmy w obszarze konsolidacji. Ale na rynku obligacji skarbowych w strefie euro mamy prawdziwy dramat. Rentowność 10-letnich włoskich obligacji skarbowych przekroczyła już 7% i nadal rośnie. Na ostatnim przetargu rentowność półrocznych bonów skarbowych przekroczyła 6,5%. To oznacza, że inwestorzy zaczęli dyskontować bankructwo tego kraju! Również rynki walutowe zaczynają wyglądać coraz mniej stabilnie. Złoty przebił poziom 4,5 do euro. Zupełnie nieuzasadniony fundamentami, ale jak jest kryzys mało kto patrzy na fundamenty. Liczy się płynność i ucieczka tam, gdzie wydaje się bezpieczniej. Czas leci, a europejscy politycy ciągle nie wypracowali pomysłu na walkę z rozszerzającym się kryzysem. Zainfekowane zostały kolejne kraje – Belgia, Francja. Nawet wizerunek Niemiec zaczyna tracić wcześniejszą wyrazistość i nieskazitelny blask. Kryzys rozlewa się po kolejnych krajach – klasyczny efekt domina. My na razie patrzymy na to, co dzieje się w strefie euro bez przerażenia. Cały czas myślimy, że to problem Europy Zachodniej, a nie nasz. Ale faktycznie lepiej, abyśmy czym prędzej zaczęli myśleć o planie awaryjnym. Niewiele bowiem potrzeba. Wystarczy drobna iskra, jak obniżenie ratingu Węgrom i napięcie w naszym regionie może gwałtownie wzrosnąć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czas działa na niekorzyść Europy. Każdy dzień bez decyzji oznacza wzrost deficytów, wzrost zadłużenia, wzrost kosztów finansowania długu. Im prędzej zostaną podjęte decyzje, tym więcej uda się uratować. Ale obawiam się, że politycy zaczną działać, gdy będzie się walić i palić. Koszty spóźnionych decyzji będą ogromne.
wtorek, 22 listopada 2011
Komentarz z 22.11.2011 r. Bohaterem ostatnich dni na warszawskiej GPW był KGHM. Najpierw spółka niespodziewanie zapowiedziała skup własnych akcji za kwotę do 3 mld zł. Kurs poszybował w górę. W piątek premier w expose zapowiedział wprowadzenie dodatkowego podatku od wydobycia miedzi i srebra. Kurs KGHM zanurkował o ponad 13%. Piątkowa zapowiedź powoduje powstanie nowego czynnika ryzyka na polskim rynku akcji (chociaż ryzyko to naprawdę pojawiło się już wcześniej, przy okazji obniżenia składki płaconej na OFE). Tym dodatkowym czynnikiem ryzyka są kontrowersyjne decyzje polityczne, których celem ma być łatanie budżetowej dziury. Podobne rozwiązania zastosowali w ostatnich latach Węgrzy. Z marnym skutkiem. Nie dość, że doprowadziły one do załamania kursów akcji spółek notowanych na giełdzie w Budapeszcie, w tym tych będących w posiadaniu tamtejszego Skarbu Państwa, to jeszcze nie pomogły ocenie kondycji finansowej tego kraju. Wręcz przeciwnie – ocena ta jest coraz gorsza, a dodatkowo odstraszyły one inwestorów zagranicznych. Pojawienie się nowego czynnika ryzyka może zatem doprowadzić do obniżenia notowań polskich akcji na zasadzie: dziś wprowadzamy podatek od wydobycia miedzi i srebra, a jutro? Od innych surowców? A może podatek bankowy, o którym tak głośno mówiło się wcześniej? Telekomunikacyjny? W Budapeszcie przećwiczono różne typy podatków. Pierwotnie miały obowiązywać tylko 2-3 lata na czas kryzysu, ale tak jak z podatkami bywa, niby tymczasowe, ale później utrwalają się w różnych rządowych zestawieniach i trudno z nich zrezygnować. Pokusa wprowadzania dodatkowych obciążeń fiskalnych jest duża. Nie tylko u nas. Można spodziewać się, że walcząca z kryzysem strefa euro również pójdzie w tę samą stronę. Nie inaczej może być i w Stanach Zjednoczonych. Poziom rentowności amerykańskich przedsiębiorstw jest najwyższy od lat 1950. Wariant węgierski można zatem przećwiczyć. Być może relatywnie niskie wyceny akcji dyskontują nie tylko nadchodzące spowolnienie w globalnej gospodarce, ale również ryzyko polityczne związane z ewentualnym wprowadzaniem dodatkowych podatków dla firm. Na koniec dwa słowa podsumowania do wyników kwartalnych polskich spółek. Generalnie okazały się one zgodne z przewidywaniami analityków. Siłą rozpędu wiele przedsiębiorstw pokazuje jeszcze bardzo wysokie zyski. W niewielu przypadkach można było znaleźć wpływ sierpniowego załamania na rynkach finansowych. Wprawdzie niepewność co do przyszłych wyników wzrosła, ale nawet w IV kwartale nie należy oczekiwać istotnego pogorszenia. Oczywiście są sektory, które już wcześniej mocno cierpiały, na czele z szeroko rozumianą branżą budowlaną. Ale ogólnie można stwierdzić, że wyniki polskich spółek giełdowych są dobre. Przynajmniej na razie.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Komentarz z 14.11.2011 r. Na rynkach finansowych trwa walka. Z jednej strony kapitał spekulacyjny, najczęściej w postaci funduszy hedgingowych, z drugiej – politycy i powiązani z nimi bankierzy centralni. Po kilku tygodniach przerwy hedgownicy zaatakowali. Tym razem za cel upatrzyli sobie Włochy. Każdego dnia można było śledzić poczynania kapitału spekulacyjnego obserwując wzrost rentowności włoskich obligacji skarbowych. Na przykład w przypadku instrumentów 10-letnich atak rozpoczął się przy rentowności 6%. Za cel obrano dojście do 7%. W ciągu kilku dni, mimo interwencji EBC, cel osiągnięto. Więcej, przebito. Rentowność włoskich 10-latek osiągnęła nawet chwilowo 7,5%. A w przypadku nowo sprzedawanych rocznych instrumentów inwestorzy zażądali aż 6%. Co to oznacza? Po pierwsze – Włochy mają wielki problem (odejście premiera Berlusconiego niewiele zmienia). Po drugie – cała strefa euro ma wielki problem. Po trzecie – teraz czas na ruch polityków / bankierów centralnych. Kilka miesięcy temu politycy zapewniali, że wyjście Grecji lub jakiegokolwiek kraju ze strefy euro jest wykluczone. Dziś już tak nie mówią. Więcej, coraz powszechniejsza jest opinia, że opuszczenie strefy euro przez Grecję byłoby korzystne dla obu stron – Greków i samej strefy. W naszej ocenie wydarzyć się to może już w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Ale co z tak dużym krajem, jak Włochy? Wydawało się to bardzo mało prawdopodobne, ale czy ewentualne opuszczenie przez Włochy strefy euro nie postawi wielkiego znaku zapytania co do przyszłości całej strefy euro? Ostatni atak na Włochy powinien być przestrogą dla nas. Siła rażenia hedgowników jest potężna. Nasze dotychczasowe szczęście polega na tym, że są łatwiejsze cele do ataku. Ale gdybyśmy dostali się na linię ostrzału, to nagle może zrobić się bardzo nerwowo. Ewentualny atak nie odbywałby się przez rynek obligacji, ale rynek walutowy. Osłabienie złotego o kilkanaście procent mogłoby wywołać poważne napięcia w systemie bankowym. Skokowo wzrosłoby zadłużenie kraju, osiągając pierwszy istotny limit 55% PKB i... Co robić? Schodzić z linii ostrzału. Czego kapitał spekulacyjny nie lubi? Reform, zmian, powrotu do normalności. Albo pójdziemy za ciosem i rząd zabierze się za reformy, albo nadal będziemy świętować, że kryzysu u nas nie ma. Czekamy na piątkowe expose premiera. |