|
Sebastian Buczek
|
wtorek, 27 marca 2012
Komentarz z 27.03.2012 r. Wczorajsza sesja na warszawskiej GPW zaczęła się od spadków. Jednak wraz w upływem czasu notowania pięły się coraz wyżej. Bohaterem sesji był Synthos, którego kurs pobił historyczne maksimum. Jest to pokłosiem ostatnich korzystnych rekomendacji i wzrostu oczekiwań co do możliwego do osiągnięcia zysku w bieżącym roku (nawet 1,1 mld zł). Nieźle prezentowały się także KGHM i Bogdanka. Udany początek tygodnia jest miłą odmianą po tym, czego doświadczaliśmy w ostatnich dniach. Dobra passa na rynkach w ubiegłym tygodniu poddana bowiem została ciężkiej próbie. Już po raz drugi z rzędu comiesięczne dane makroekonomiczne płynące ze strefy euro okazały się słabsze, i to znacznie, od oczekiwań. Odczyty indeksów PMI, szczególnie dotyczące przemysłu, zrobiły inwestorom niezbyt przyjemną niespodziankę. Zarówno w Niemczech, jak i we Francji, poziomy wskaźników były o 2 pkt. proc. niższe od oczekiwanych. Co gorsze, odczyty wyraźnie spadły poniżej ważnego poziomu 50 pkt., uznawanego za granicę między wzrostem a spowolnieniem. Dane wskazują, że zamiast odrodzenia, gospodarkę europejską czeka spowolnienie lub stagnacja. Nie jest to dobra informacja szczególnie dla państw GIIPS, które walczą o przetrwanie. Dane dotyczące kondycji naszych najważniejszych partnerów gospodarczych mogą mieć także negatywny wpływ na kondycję polskiej gospodarki. Tym bardziej, że złoty wyraźnie się umocnił w ostatnich 3 miesiącach. Na razie nadal można mieć nadzieję na 3% dynamikę naszego PKB w bieżącym roku, ale bardziej optymistyczne prognozy raczej należy uznać za coraz mniej prawdopodobne. Może okazać się to pewnym hamulcem dla dalszego wzrostu cen akcji w Europie. No chyba, że amerykańskie indeksy nadal będą bić rekordy hossy albo banki centralne (Fed, EBC) zdecydują się na dalsze zwiększanie płynności w obawie o pogorszenie sytuacji makroekonomicznej. W ubiegłym tygodniu mogliśmy także poczuć przedsmak tego, co może nas czekać na polskiej scenie politycznej. Coraz większe napięcie pomiędzy kluczowymi politykami rządzącej koalicji przy rosnącym poparciu dla partii opozycyjnych, może spowodować powstanie nowego czynnika ryzyka, o którym w ostatnich latach trochę zapomnieliśmy – ryzyka destabilizacji politycznej w naszym kraju. Nie byłaby to dobra informacja dla inwestorów, szczególnie jeśli towarzyszyłaby jej dalsza dezintegracja w strefie euro. Na koniec dwa słowa podsumowania pierwszego kwartału na rynkach finansowych. Okazał się on znacznie lepszy niż oczekiwaliśmy na koniec 2011 r. Ceny akcji wzrosły, rentowności obligacji skarbowych większości państw strefy euro opadły do w miarę akceptowalnych poziomów. Zawdzięczamy to głównie dużej aktywności banków centralnych. Niepokoi jednak brak reform ze strony polityków, co może odbić się czkawką w dłuższym terminie. Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 19 marca 2012
Komentarz z 19.03.2012 r. W ubiegłym tygodniu utrzymywały się pozytywne tendencje na rynkach finansowych, które możemy obserwować od początku br. Akcje drożały, rentowności obligacji skarbowych stabilizowały się na akceptowalnych poziomach, ceny surowców nie wskazywały, aby w globalnej gospodarce czekała nas głębsza recesja. Na warszawskiej GPW utrzymywała się przewaga średnich i mniejszych spółek nad blue chips. Na razie zatem sytuacja rozwija się znacznie lepiej niż zakładaliśmy pod koniec 2011 r. Pobicie ubiegłorocznych osiągnięć przez indeks S&P500 niewątpliwie dodaje animuszu bykom. Widać, że to Amerykanie na razie dyktują warunki globalnemu rynkowi finansowemu. Ben Bernanke, szef Fed, wielokrotnie dawał do zrozumienia, że użyje wszelkich dostępnych narzędzi, aby nie dopuścić do zapaści na amerykańskim rynku finansowym i w tamtejszej gospodarce. No cóż, trudno polemizować z tak jednostronną polityką największego banku centralnego na świecie. Indeks S&P500 – ostatni rok Źródło: Stooq.pl Oczywiście prawdziwych problemów ani w Stanach Zjednoczonych, ani tym bardziej w Europie nie rozwiązano. Wręcz przeciwnie, deficyty państw utrzymują się cały czas na nieracjonalnych poziomach, a długi rosną. I nie widać, aby ktoś miał jakąś koncepcję, co z tym dalej zrobić. Tak więc problemy wrócą. Jest to tylko kwestią czasu. Tym bardziej, że narasta dodatkowy czynnik ryzyka – politycznej dezintegracji. Tymczasem cieszmy się z mini-hossy i próbujmy wykorzystywać obecne pozytywne tendencje na rynkach. Z procesów, które podlegają zmianom, warto zwrócić uwagę na możliwy wzrost zainteresowania bardziej ryzykownymi instrumentami przez inwestorów. Zainteresowanie funduszami inwestującymi w akcje zaczyna odbudowywać się. Chociaż trwałość tej zmiany jest uwarunkowana tym czy dobra passa na rynkach nagle się nie skończy. Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 05 marca 2012
Komentarz z 5.03.2012 r. Zgodnie z oczekiwaniami EBC uruchomił kolejny program LTRO, tym razem o wartości 530 mld euro. Nie wywołało to jednak istotnego wpływu na rynki finansowe, ponieważ decyzja była oczekiwana i zdyskontowana w cenach. W ubiegłym tygodniu nie doszło zatem do poważniejszych zmian w sytuacji rynkowej. Z ważniejszych tendencji warto zwrócić uwagę na dalsze umocnienie złotego (do poziomów 4,11 zł/euro i 3,11 zł/dolara, aczkolwiek w piątek złoty tracił już na wartości) oraz utrzymującą się relatywną słabość naszych giełdowych indeksów do S&P500 czy DAX. Te ostatnie rosną od kwartału praktycznie bez większej korekty. Wskaźniki analizy technicznej ostrzegają już od pewnego czasu, że indeksy znalazły się w strefie wykupienia, co pachnie korektą. Indeks S&P500 – ostatni rok Źródło: Stooq.pl Okres publikacji wyników finansowych za 2011 r. w pełni. Na razie jakiś wielkich zaskoczeń nie było. Istotniejsze były inne wydarzenia, jak sprzedaż pakietu akcji PGE przez SP czy zapowiedź połączenia BZ WBK z Kredyt Bankiem. Tym niemniej czekamy na kolejne raporty. W poniedziałek m.in. PKO BP i GTC. W tym drugim przypadku może dowiemy się coś więcej o możliwej emisji akcji. Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 28 lutego 2012
Komentarz z 28.02.2012 r. Bardzo dobra passa rynków finansowych trwa. Po udanym styczniu mamy za sobą całkiem niezły luty. Wprawdzie dynamika zwyżki nieco przysiadła, ale i tak nie ma na co narzekać. Od początku roku do piątkowego zamknięcia WIG zyskał 10,4%. Ale już sWIG80 aż 22,5%. Doskonałą passę kontynuują kluczowe rynki – S&P500 zyskał 8,6%, a DAX 16,4%. Mini-hossa rozwija się też w Turcji (ISE100 +16,5%) i Rosji (+24,6%). Na wczorajszej sesji najpierw mieliśmy do czynienia z korektą, ale po południu notowania poprawiły się po danych z amerykańskiego rynku nieruchomości. Odbiły się kursy PKO BP i Pekao, które w ostatnich dniach odpadły od szczytów mini-hossy. A to wszystko dzięki… EBC. Grudniowy program LTRO zadziałał, jak amerykańskie QE. Emocje opadły, ceny aktywów (akcji, surowców, obligacji skarbowych itd.) wzrosły. Ponadto na 29 lutego zapowiedziano LTRO2, o podobnej skali. Trzeba przyznać, że banki centralne są zdecydowanie bardziej skuteczne od polityków. Oczywiście to wszystko już się wydarzyło, a nas najbardziej interesuje przyszłość. Czy wzrosty są dalej możliwe? No cóż, z prasami drukarskimi trudno polemizować. I wprawdzie w ubiegłym tygodniu pojawiły się informacje, że LTRO2 będzie już ostatnią taką operacją, ale chyba mało kto wierzy w takie zapewnienia. Skoro banki centralne z taką łatwością wpompowują setki miliardów dolarów/euro/funtów, to dlaczego miałyby się wzbraniać przed kolejnymi takimi działaniami w przyszłości, jeśli zajdzie taka potrzeba? Przykładowo B. Bernanke tylko czeka na okazję, aby wystartować z QE3. Tylko dane płynące z amerykańskiej gospodarki jakoś nie dają pretekstu do tego, aby uruchamiać prasy po raz kolejny. Czeka nas powtórka z hossy 2009-2011? Niewykluczone, ale wypada zachować dużą czujność. Skala wzrostów może być też odpowiednio mniejsza. Nie było bowiem tak silnego załamania na rynkach finansowych, jak w 2008 r. i globalnej gospodarce, jak na przełomie 2008/2009. Poza tym cały czas zachodzą różne negatywne procesy, które odbiją się czkawką w dłuższym terminie. Jakie? Po pierwsze warto spojrzeć na cenę ropy. Pnie się coraz wyżej. To jeden z negatywnych efektów ubocznych tego, co robią banki centralne, a także – jak zwykle – napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie. A coraz droższa ropa, to poważne wyzwanie dla globalnej gospodarki. Po drugie czas płynie, a kondycja wielu państw wcale się nie poprawia. Oczywiście możemy się przez jakiś czas cieszyć, że Włochy finansują się nie po 7%, ale po 5,5%, ale po chwili refleksji dojdziemy do wniosku, że na dłuższą metę nasza radość ma ciągle wątpliwe podstawy. Z każdym dniem długi państw rosną. Reform nie widać nawet na horyzoncie. Problem wróci. I nie da się go tak łatwo rozwiązać za pomocą pras. Tymczasem cieszmy się mini-hossą i próbujmy zarabiać, póki banki centralne dają nam taką okazję. Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 06 lutego 2012
Komentarz z 6.02.2012 r.
Dow Jones najwyżej od maja 2008 r. a Nasdaq od grudnia 2000 r. To chyba najlepszy komentarz do ostatnich wydarzeń na rynkach finansowych. Jak po sznurku realizuje się scenariusz największych optymistów, którzy twierdzili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie było chwilowym krachem, okazją do tanich zakupów, a teraz rynki mozolnie będą wspinać się na coraz wyższe poziomy. Ceny akcji rosną, rentowności obligacji skarbowych spadają, złoty umacnia się, a ceny surowców odbijają się. Cena miedzi (w centach za funt) – ostatni rok
Poszczególne giełdowe indeksy przebijają się przez kolejne opory. Również wyprzedzające wskaźniki makro wyraźnie zyskują, co faktycznie dobrze wróży rynkom, przynajmniej w średnim terminie. Oczywiście można narzekać, że liczba optymistów jest zbyt duża, że technicznie rynki są w strefie wykupienia, że zmienność spadła itd. Jednak to byki przejęły inicjatywę i to one jeszcze przez jakiś czas mogą rządzić. Wchodzimy w okres wynikowy. Sensacji raczej nie należy się spodziewać. Eksporterzy pokażą dobre wyniki dzięki słabości złotego. Bardzo dobrze zaprezentują się spółki wydobywcze i pracujące na ich rzecz, a także chemia i handel. Banki raczej bez błysku. Najsłabiej oleje i media. Ale wyniki nie powinny mieć istotnego znaczenia. Inwestorzy i tak patrzą już wprzód. A niektóre trendy odwróciły się – vide umocnienie złotego. Wydarzenia w strefie euro nadal toczą się według dobrze znanego wzorca. Politycy prowadzą niekończące się negocjacje. Dziś kontynuowane będą rozmowy dotyczące Grecji. Wypada mieć nadzieję, że to już ostatnia runda przed decyzją o restrukturyzacji greckiego długu. W kolejce czeka Portugalia. Wprawdzie w ostatnich dniach rentowności ich obligacji skarbowych spadły, ale i tak są zbyt wysokie, aby kraj ten mógł normalnie funkcjonować w dłuższym okresie. To jednak inwestorów nie przeraża. Przynajmniej na razie. Wszyscy teraz czekają na decyzję EBC w sprawie drugiej rundy LTRO (29 lutego). Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 31 stycznia 2012
Komentarz z 31.01.2012 r. No i mamy pierwszą niespodziankę w nowym roku. Styczeń okazał się bardzo udanym miesiącem dla inwestorów. Giełdowe indeksy zyskały po ładnych kilka procent, rentowności obligacji skarbowych w strefie euro opadły, a na rynek surowców powrócił optymizm. Wprawdzie nasze indeksy nie nadgoniły zaległości wobec S&P500 czy nawet DAXa, ale i tak nie można narzekać. Przez pierwsze 4 tygodnie nowego roku WIG zyskał 7%. Na wczorajszej sesji wprawdzie już tak optymistycznie nie było, ale przecież rynkom należy się zasłużony odpoczynek. Taniały akcje większości spółek, jednak spadki na GPW były relatywnie niewielkie w porównaniu z innymi rynkami, a na koniec sesji nasze indeksy podciągnięto powyżej piątkowego zamknięcia. Muszę zatem przyznać, że przynajmniej na razie rację mają ci, którzy pod koniec 2011 r. wieścili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie na rynkach jest chwilowe i że giełdowe indeksy po pewnej chwili zawahania, zaczną się powoli kierować na północ. Jeśli faktycznie taki scenariusz będzie się dalej materializować, to mielibyśmy do czynienia z dość powszechnym zaskoczeniem. Inwestorzy indywidualni opuścili bowiem rynek przy okazji załamania w III kwartale ubiegłego roku. Inwestorzy instytucjonalni (w tym my również) przygotowywali się do ewentualnej kontynuacji spadków w pierwszych miesiącach br. Widać to dobrze po alokacji OFE w akcjach – zaledwie 31% (versus 37% przed rokiem) przy maksymalnym limicie już na poziomie 45%. Zarówno zatem inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni, mają sporo gotówki do kupowania akcji. Skąd ten optymizm na rynkach? Z nadziei, że to nie politycy, ale bankierzy centralni rozwiążą gros problemów, drukując na potęgę euro, dolary, franki itd. Inwestorzy zaczęli oczekiwać, że nawet Chińczycy dołożą się do zwiększenia puli płynności w globalnym systemie finansowym ratując dynamikę chińskiego PKB. No cóż, z „prasami drukarskimi” trudno się polemizuje. Już dwa razy, przy okazji QE1 i QE2, to przerabialiśmy. Oczywiście, aby zmącić ten coraz bardziej różowy obraz wypadałoby dodać, że wokół nas tak naprawdę niewiele się zmieniło. Państwa strefy euro jak były zadłużone, tak są dalej. Europejscy politycy jak nie potrafili przeciwstawić się kryzysowi, tak dalej nie mają konkretnych pomysłów. Co więcej, czas płynie na niekorzyść wielu państw Zachodu. Najlepiej widać to obecnie po Portugalii, która jest kandydatem na bankruta nr 2. Rentowności portugalskich obligacji skarbowych (17% w przypadku 10-letniego instrumentu) wskazują, że inwestorzy bardzo poważnie biorą pod uwagę konieczność redukcji zadłużenia tego kraju. Najprawdopodobniej zatem po zakończeniu negocjacji w sprawie restrukturyzacji długu greckiego, rozpoczną się kolejne trudne rozmowy dotyczące Portugalii. Jak na to zareagują inwestorzy? W dalszej perspektywie ciągle aktualne pozostaje pytanie, w jakiej formie obecny kryzys przetrwa cała strefa euro. Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Komentarz z 23.01.2012 r. Ku zaskoczeniu wielu, w tym również i nas, sytuacja na rynkach finansowych w pierwszych tygodniach nowego roku ułożyła się znacznie lepiej niż można było się spodziewać. Giełdowe indeksy zyskały po kilka procent, rentowności obligacji skarbowych w strefie euro opadły, a na rynek surowców powrócił optymizm. W grudniu nie doczekaliśmy się rajdu św. Mikołaja, za to po przełomie roku pojawił się efekt stycznia. Wprawdzie nasze indeksy nie nadgoniły zaległości wobec S&P500 czy nawet DAXa, ale i tak nie można narzekać. Przez 3 tygodnie WIG zyskał 5%. A zatem na razie rację mają ci, którzy wieścili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie na rynkach jest chwilowe i że giełdowe indeksy po pewnej chwili zawahania, zaczną się powoli kierować na północ, czyli w górę. Jeśli faktycznie taki scenariusz zacząłby się materializować, to mielibyśmy do czynienia z dość powszechnym zaskoczeniem. Inwestorzy indywidualni opuścili bowiem rynek przy okazji załamania w III kwartale ubiegłego roku. Inwestorzy instytucjonalni (w tym my również) przygotowywali się do ewentualnej kontynuacji spadków w pierwszych miesiącach br. Widać to dobrze po alokacji OFE w akcjach – zaledwie 31% (versus 37% przed rokiem) przy maksymalnym limicie już na poziomie 45%. Zarówno zatem inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni, mają sporo gotówki na kupowanie akcji. Oczywiście, aby zmącić ten coraz bardziej różowy obraz wypadałoby dodać, że wokół nas tak naprawdę niewiele się zmieniło. Państwa strefy euro jak były zadłużone, tak są dalej. Europejscy politycy jak nie potrafili przeciwstawić się kryzysowi, tak dalej nie mają konkretnych pomysłów. Co więcej, czas płynie na niekorzyść wielu państw Zachodu. Przypomina to tykającą bombę, z tym, że nikt nie ma pojęcia, kiedy i gdzie ona wybuchnie (a tej bomby przecież nikt ostatnio nie rozbroił). Skąd zatem ten optymizm na rynkach? Z nadziei, że to nie politycy, ale bankierzy centralni rozwiążą gros problemów, drukując na potęgę euro, dolary, franki itd. Inwestorzy zaczęli oczekiwać, że nawet Chińczycy dołożą się do zwiększenia puli płynności w globalnym systemie finansowym ratując dynamikę chińskiego PKB. No cóż, z „prasami drukarskimi” trudno się polemizuje. Już dwa razy, przy okazji QE1 i QE2, to przerabialiśmy. Reasumując, inwestorów ogarnął w pierwszych tygodniach nowego roku błogi nastrój – banki centralne uratują świat, więc po co się przejmować nierozwiązanymi problemami państw strefy euro. Wygląda na to, że tak udany styczeń jest zapowiedzią bardzo nieprzewidywalnego roku 2012. Roku, w którym pewnie jeszcze nie raz zostaniemy zaskoczeni rozwojem wydarzeń. Wypada mieć tylko nadzieję, że na przekór pesymistom, będą dominować zaskoczenia pozytywne. Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 17 stycznia 2012
Komentarz z 17.01.2012 r. Ważnym wydarzeniem zakończył się drugi tydzień nowego roku. Agencja Standard&Poor’s obniżyła ratingi 9 państwom strefy euro, w tym Francji. W niektórych przypadkach nawet o dwa poziomy (m.in. Włochom i Hiszpanii). Inwestorzy zareagowali jednak spokojnie. Wprawdzie w piątek giełdowe indeksy spadały w trakcie dnia (czyżby kontrolowany przeciek?), a euro spadło do 1,26 do dolara, ale obyło się bez paniki. Również wczoraj rynki były względnie spokojne, jak na tak poważną zmianę ocen wiarygodności inwestycyjnej państw. WIG wprawdzie otworzył się na minusie, ale później oscylował wokół zera. W gronie najmocniej zachowujących się spółek z WIG20 znalazły się BH i PBG. Spokojne zachowanie inwestorów może nie zaskakuje, ale daje do myślenia. Czyżby aż tak wiele czynników ryzyka było już odzwierciedlonych w cenach aktywów – akcji, surowców czy obligacji? Czy rynki zaczynają dyskontować początek końca kryzysu? Jeśli tak, to czy do wychodzenia z kryzysów wystarczy jedynie dodruk pieniędzy / zwiększanie płynności przez banki centralne? A co z reformami? Czy państwa Zachodu dalej mogą tak funkcjonować, jak dotychczas? Wydaje się to trochę zbyt piękne, aby było możliwe. Decyzja S&P jest ważna także w innym wymiarze. Okazuje się bowiem, że strefa euro jest coraz mniej jednolita. Narasta zróżnicowanie pomiędzy Niemcami i większością innych państw unii walutowej, szczególnie krajami peryferyjnymi. Niemcy stają się coraz silniejsze i są w stanie finansować się praktycznie za darmo. Gros innych państw jest coraz słabsza finansowo i coraz bardziej zadłużona. Brak jednolitości oznacza, że monolit, jakim do niedawna była strefa euro, pęka i to w wielu miejscach na raz. A stąd już naprawdę droga niedaleka do chwili, kiedy pierwszy kraj opuści strefę euro. Najprawdopodobniej będzie to Grecja i najprawdopodobniej stanie się to jeszcze w bieżącym roku. Wystarczyłoby, aby któryś z liczących się greckich polityków rzucił tylko takie hasło. Ale co później? Rozpad całej strefy czy też walka o przetrwanie? Scenariuszu rozpadu rynki jeszcze nie dyskontują. Wracając do sytuacji na giełdach. Amerykańskie indeksy zadziwiają siłą. Podobnie jak tamtejsza gospodarka. Prezes Bernanke i jego zwolennicy tryumfują. Jeśli Stany Zjednoczone nie zarażą się kryzysem od strefy euro, szef Fedu przejdzie do historii. Kluczowe będą najbliższe miesiące. Krótkoterminowo indeksy nowojorskiej giełdy powinny jednak skorygować się po półtoramiesięcznej fali wzrostów. WIG tymczasem trwa w swojej słabości. Pytanie czy w końcu odrobi zaległości do innych indeksów, czy też najpierw doczekamy się korekty na rynkach zagranicznych? Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Komentarz z 9.01.2012 r. Podczas gdy w Europie słowo „kryzys” odmienia się w każdym przypadku, w Stanach Zjednoczonych sytuacja gospodarcze rozwija się nadspodziewanie dobrze. Pojawiające się w ostatnich miesiącach wskaźniki makro świadczą o tym, że za oceanem dzieje się wyraźnie lepiej niż na Starym Kontynencie. Nawet na rynku nieruchomości wydaje się, że Amerykanie osiągnęli dno i się od niego powoli zaczynają odbijać. Sentymentowi pomagają informacje o możliwym przedwyborczym prezencie od prezydenta Obamy w postaci programu refinansowania hipotek na uprzywilejowanych warunkach oraz zainteresowaniu funduszy hedgingowych tą, wcześniej mocno przecenioną, klasą aktywów. W każdym bądź razie prezes Bernanke może spać nieco spokojniej. Wcześniejsze kontrowersyjne działania Fed zaczynają przynosić efekty (przynajmniej relatywnie, na tle słabej Europy). A ponadto zawsze można przecież uruchomić QE3, szczególnie, że wypadałoby pomóc prezydentowi w jesiennej re-elekcji. Jeśli zatem zaczną się pojawiać symptomy pogorszenia koniunktury gospodarczej, prezes Fed prawdopodobnie bez żadnych skrupułów uruchomi kolejny wielki dodruk. Inwestorom ta sytuacja zaczyna się bardzo podobać. Drożeją amerykańskie akcje i dolar. Krótkoterminowo jednak indeksy nowojorskiej giełdy zawędrowały do strefy wykupienia, więc w najbliższych dniach rynek może słabnąć. Sytuacja w Stanach daje nadzieję, że kryzys może skończy się tylko na Europie i nie obejmie swoim zasięgiem kolejnych kontynentów. Czy tak się stanie – zobaczymy w najbliższych miesiącach. Dużo zależy od europejskich polityków, którzy powinni bardziej zdecydowanie walczyć z rozszerzającym się kryzysem. Do krajów strefy euro, będących w trudnej sytuacji, w ostatnich tygodniach dołączyły Węgry. Kontrowersyjne rządy premiera Orbana doprowadziły ten kraj na krawędź zapaści. Warto wyciągnąć wnioski, bo od Węgier do Polski droga już niedaleka. Na warszawskiej GPW początek roku mieszany. Najpierw wzrosło, później spadło i z grubsza po pierwszym tygodniu wyszliśmy na zero. Widać, że bliżej nam do zachowania europejskich giełd, a o takim performance, jak Amerykanie na razie możemy tylko pomarzyć. Złoty osłabł po window dressing na koniec roku. A propos – na walutach jakoś nikomu ten window dressing nie przeszkadza. Obligacje stabilne, oprocentowanie depozytów bankowych wysokie. Reasumując, rok zaczął się spokojnie. Siłę pokazują Amerykanie. Jeśli nie zarażą się od Europejczyków, to kto wie...
Autor jest także profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.
wtorek, 03 stycznia 2012
Komentarz z 2.01.2012 r. Nim spróbuję odpowiedzieć na pytanie, co czeka nas w Nowym Roku, kilka słów podsumowania dotyczących roku minionego. Konsensus prognoz rynkowych na początku 2011 r. zapowiadał 10-20% wzrost WIG. To miał być trzeci rok z rzędu wzrostów cen nie tylko polskich akcji. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Zamiast kilkunastoprocentowych wzrostów mieliśmy podobnej skali, ale spadki. Euro po 4,46 zł i dolara po 3,44 zł. Zamiast powrotu na ścieżkę stabilnego wzrostu globalnej gospodarki, obawy przed kolejnym rokiem. A wszystko to dzięki zmianie nastrojów inwestorów, którą spowodowały lęki o przyszłość strefy euro. Ktoś powiedziałby – wreszcie, bo państwa Zachodu tak dłużej nie mogą funkcjonować. Nie mogą zadłużać się w nieskończoność. Nie mogą naginać danych, by prezentować się lepiej, niż w rzeczywistości. WIG stracił w ubiegłym roku 20,8%. Podobnej skali spadki zanotowały inne europejskie indeksy – przykładowo niemiecki DAX spadł o 14,7%. Inne kluczowe dla nas rynki, jak Turcja czy Rosja pospadały również o – odpowiednio – 22,3% (ISE 100) i 22,0% (RTS). Jedynie amerykański rynek akcji trzymał się nadspodziewanie mocno. S&P500 utrzymał poziom z końca 2010 r., a Dow Jones wzrósł nawet o 5,5%. Na rynku surowców koniunktura pogorszyła się, chociaż w skali całego roku cena ropy wzrosła o 8%, a złoto przyniosło dodatnią stopę zwrotu, ale wcale nie taką wysoką (10%), jak się zapowiadało. Na europejskim rynku obligacji skarbowych mieliśmy do czynienia z prawdziwym załamaniem. W nowy rok wchodzimy z dużymi obawami, co nas czeka. Rozpad strefy euro? Armagedon – jak wieszczą niektórzy znani ekonomiści? Druga odsłona kryzysu, który zaczął się w 2008 r.? Czy też zwykły kryzys, taki, jakich było wiele na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci? My nie jesteśmy zwolennikami scenariusza katastroficznego. Wierzymy, że europejscy politycy zachowają się racjonalnie i w końcu podejmą działania antykryzysowe. Mamy nadzieję, że nie skończy się wielką europejską kłótnią, oskarżaniem się, szukaniem winnych i w końcu rozpadem. Takiego scenariusza nikt by sobie nie życzył. No może za wyjątkiem kilku hedgowników i niektórych polityków, którzy chętnie dorwaliby się do władzy, wykorzystując ogólne zamieszanie. Europejscy przywódcy sprawiają jednak cały czas wrażenie „nieprzypartych do muru”. Wprawdzie szczyt goni szczyt. Wygłaszane są różnego rodzaju zapewnienia. Szykowane są kolejne armaty, bazuki itp. Padają propozycje quasi-reform, rozwleczonych w czasie, niewiele zmieniających kondycję finansową państw. Ale to wszystko na niewiele się zdaje. Czy zatem najpierw rynki finansowe będą musiały przymusić polityków do działania? Obawiamy się, że niestety tak. Gdyby sytuacja na rynkach pogorszyła się w najbliższych miesiącach, zakładamy (może trochę optymistycznie), że w końcu przeprowadzone zostaną konkretne działania antykryzysowe. Między innymi polegające na przejęciu pałeczki w walce z kryzysem przez EBC (jak twierdzą niektórzy – jedyny podmiot, który może sobie poradzić z kryzysem w strefie euro). Ale czy doczekamy się strukturalnych reform? Amerykanie się nie doczekali. Odsunęli tylko swoje problemy w czasie. I na pewno nie załatwią ich w roku wyborczym. Na koniec pewna doza optymizmu. Ceny aktywów finansowych, w tym akcji, są coraz bardziej atrakcyjne. Jeśli faktycznie nasz scenariusz będzie realizować się, zakładamy, że rok 2012 może obfitować w wiele okazji inwestycyjnych. Reasumując, przed nami nieobliczalny rok, rok w którym wszystko zdarzyć się może. Od scenariusza katastroficznego na miarę kryzysu lat 2008/2009 aż po scenariusz optymistyczny, wynikający z niskiej wyceny akcji i drukowania na potęgę pieniędzy przez banki centralne. W naszym scenariuszu bazowym zakładamy, że jesteśmy w trakcie zwykłego kryzysu, jakich w ostatnich dziesięcioleciach było wiele. Jeśli taka prognoza sprawdziłaby się, zakładamy, że rok 2012 będzie czasem zasiewu, tzn. dobrym okresem do budowania pozycji w przecenionych walorach. Autor jest Prezesem Zarządu Quercus TFI S.A. i profesorem nadzwyczajnym w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. |